Czego wymaga dobra recenzja?
Wyrobienia? Pewnie
Odwagi? Bez dwóch zdań
Wnikliwości? No raczej
Kontekstualizacji? Absolutnie
Obiektywizmu? Bynajmniej
Subiektywizmu? Jak najbardziej
Darek Lachowski swoją recenzję doprawił emocją. Dzięki temu smakuje jak najlepszy deser — wyrafinowana, intensywna, a przy tym pozostawiająca przyjemny niedosyt.
PRZECZYTAJCIE!
(przeklejenie dzięki uprzejmości www.transcendentphoto.com)
_______
Pamiętam takie jedno swoje zdjęcie. Stare, wciąż żywe w pamięci, choć papier już nieco pożółkł. Stoję na nim przebrany za jeżyka pod choinką, uśmiecham się szeroko i w tamtej sekundzie nie udaję, ja po prostu jestem tym jeżem.
Potem następuje seria kolejnych kadrów, migawka zamrażała momenty: jestem uczniem, jestem żołnierzem, jestem mężem, jestem ojcem. Role się zmieniały, kostiumy również, ale we wszystkich tych ujęciach grałem jedną postać: siebie. Teraz, po latach, perspektywa uległa radykalnej zmianie. Po raz pierwszy świadomie wszedłem w skórę kogoś innego. Zagrałem rolę redaktora Aparata – fotografa i szefa działu kultury w sztuce „Ostatnia Kropka”. I powiem Wam, że adrenalina związana z byciem „kimś innym” na scenie jest zupełnie inną bestią niż bycie sobą przed obiektywem.

W miniony weekend, od 16 do 18 stycznia, Art Gallery Kafe (AGK) w Wood Dale przestało być tylko kawiarnią znaną z facebookowych postów. Dzięki wizji reżyserek, Małgorzaty Błaszczuk (która dbała też o literackie tętno sztuki) i Ewy Figurski, ta przestrzeń przeszła totalną metamorfozę. Jedna sala w magiczny sposób pączkowała, zamieniając się fizycznie w trzy odrębne światy: tętniącą deadline’ami redakcję, specyficzny klimat baru „Aferka” oraz prywatność mieszkania Agaty. To było wyzwanie nie tylko logistyczne, ale i sensoryczne. Wymagało od nas wyczucia każdego cala przestrzeni, światła i akustyki. Przypominało to skomplikowaną strukturę utworu muzycznego, gdzie każdy instrument ma swoje miejsce, a fałszywa nuta burzy harmonię całości.
W tę wizualną i techniczną partyturę wpisali się mistrzowie drugiego planu, rozszerzając granice sceny. Andrzej Miłosz, odpowiedzialny za realizację filmową, wykonał swoją pracę wcześniej, ale jej efekt stał się integralną częścią spektaklu. To dzięki jego nagraniom przestrzeń AGK zyskała dodatkowy wymiar – stołówkę redakcyjną, która istniała tylko na ekranie, ale czuło się ją tak, jakby była za ścianą. Ten multimedialny wymiar spięła w całość Urszula Michałowska (reżyseria audio-wizualna), a fizyczną tkankę świata przedstawionego stworzyły Iwona Duszek (scenografia) oraz Anna Tarasiuk, która charakteryzacją wydobywała z nas zupełnie nowe twarze.
Sam scenariusz to rasowy kryminał, daleki od współczesnego, teledyskowego chaosu. Nie było tu taniej sensacji ani politycznych manifestów, które wciskają się nam drzwiami i oknami. To była historia w stylu „Napisała Morderstwo”, niespieszna, szanująca inteligencję widza. Akcja nie pędziła, ona dojrzewała, pozwalając publiczności delektować się napięciem.
Przygotowania trwały ponad pół roku. Dziesiątki godzin prób, nagrania scen filmowych, walka ze zmęczeniem po pracy. Obserwowałem moich scenicznych partnerów, z których wielu znacie ze słuchowiska „Na Polskim Trójkącie” i widziałem, jak amatorzy zamieniają się w rzemieślników. Stworzyliśmy organizm. Ja, Dariusz Lachowski, stałem się Aparatem, ale ten aparat nie działałby bez reszty mechanizmu. Jerzy Fijał jako charyzmatyczny Naczelny i Andrzej Krukowski jako Prezes nadawali ton redakcji. Bartek Jałocha (Miłosz) i Wojtek Włoch (Jarek) wnosili energię, która napędzała akcję, podczas gdy Renata Granat (Renee) dbała o atmosferę jako barmanka w barze „Aferka”. Całość obrazu dopełniali Piotr Włodarczyk (Zbychu), Małgorzata Palka (Hanka), Piotr Kukuła (Pawłowski) oraz Iwona Duszek (Monika). Jednak największy ciężar emocjonalny, zwłaszcza w kluczowych momentach i finale historii, spoczął na barkach dwóch wspaniałych aktorek: Ani Włoch (Agata) i Renaty Romanek (Basia). To na ich grze oparł się kręgosłup tej opowieści. Jeśli był w nas stres, to został przykryty grubą warstwą determinacji i cholernie ciężkiej pracy całego zespołu.
Jak wcześniej wspomniałem, mieliśmy trzy odsłony tego spektaklu. Piątkowa premiera otwarta dla publiczności była przetarciem szlaku, ale to sobota stała się punktem kulminacyjnym. Sala AGK była dosłownie wypchana, pękała w szwach. Czułem fizyczną obecność widzów, ich wstrzymywany oddech. To wtedy magia zadziałała najmocniej. Niedziela była już wybrzmiewaniem, echem, które teraz pozostaje tylko na zdjęciach i w naszej pamięci.
Kiedy spektakl się skończył i stanęliśmy do ukłonów, zobaczyłem w oczach współaktorów coś bezcennego. Dumę. Nie pychę, ale czystą satysfakcję z pokonania własnych lęków. W epoce cyfrowego hałasu, gdzie każdy jest aktorem we własnych social mediach, teatr pozostaje ostoją prawdy. Tutaj nie ma filtrów ani możliwości edycji. Jest tylko człowiek naprzeciwko człowieka, pot, trema i żywe słowo. To doświadczenie, to fizyczne spotkanie, ma wyższość nad każdą cyfrową projekcją. Teatr to piękny narkotyk, a Wydawnictwo Evergreen właśnie zaserwowało nam jego najczystszą postać. Niech żyje pasja, niech żyje teatr!
TUTAJ ZNAJDZIESZ PEŁNY TEKST I DUŻO FAJNYCH ZDJĘĆ